W dyskusji o jedzeniu owadów przez ludzi często powraca argument, że zawarta w nich chityna jest dla człowieka niebezpieczna. Brzmi to poważnie i naukowo, a więc łatwo trafia do wyobraźni. Tyle że to fake news. Chityna wcale nie jest egzotyczną substancją, która nagle pojawia się na naszym talerzu. Jemy ją od lat, i to w dużych ilościach.
Przed nami jesień, a więc grzybobranie. Według badań CBOS-u 77% Polaków przynajmniej raz w życiu było na grzybach, a do uprawiania grzybobrania przyznaje się 70% z nas. Jesienią grzyby goszczą w naszych kuchniach – taka grzybowa albo jajecznica z maślakami albo pierogi z grzybami na wigilię… Mniam! Nawet najbardziej wykwintne restauracje jesienią sięgają po dary lasu, gdy ogłaszają sezonowe menu.
Chityna? Znamy ją od dawna
No właśnie. A przecież te grzyby, które trafiają do naszych zup, sosów czy pierogów, zawierają ogromne ilości chityny. To właśnie ona odpowiada za ich jędrną strukturę.
Podobnie jest z owocami morza, którą są must eat dla Polaków rozkochanych w letnich wakacjach w Chorwacji czy Hiszpanii. A przecież krewetki, kraby czy homary mają pancerze zbudowane z chityny. Mimo to uchodzą za zdrowy i ceniony przysmak!
Trudno więc mówić, że substancja, z którą stykamy się od pokoleń, nagle staje się „zagrożeniem” tylko dlatego, że pojawia się w kontekście owadów.
Argumenty o rzekomej szkodliwości biorą się stąd, że organizm ludzki nie trawi chityny w całości. Ale dokładnie tak samo dzieje się z błonnikiem. A przecież nikt nie przestrzega przed jedzeniem warzyw. Wręcz przeciwnie, to właśnie jego nietrawność jest wartością. Chityna działa podobnie: poprawia perystaltykę jelit, wspiera mikroflorę i pełni rolę swoistej „miotły” dla układu pokarmowego.
Warto też dodać, że pochodne chityny, takie jak chitozan, znajdują zastosowanie w farmacji. Używa się ich w suplementach wspierających metabolizm czy obniżających poziom cholesterolu. Trudno więc utrzymywać, że mamy do czynienia z czymś groźnym – skoro ta sama substancja trafia do preparatów sprzedawanych w aptekach.
Nie odmawiajmy sobie grzybów, krewetek i… owadów
Obawy przed owadami na talerzu wynikają głównie z kulturowych przyzwyczajeń. W Europie wciąż traktujemy je z dystansem, podczas gdy w Azji, Afryce czy Ameryce Łacińskiej od lat są normalnym elementem diety. Wraz z rosnącymi problemami klimatycznymi i koniecznością szukania zrównoważonych źródeł białka temat powraca i budzi emocje.
Najłatwiej jednak wywołać sprzeciw, sięgając po argumenty naukowo brzmiące, choć nieprawdziwe. Chityna staje się wówczas wygodnym straszakiem. Tymczasem to nie toksyna ani zagrożenie, lecz naturalny składnik diety, który znamy i spożywamy od dawna. Odrzucanie owadów tylko z tego powodu, to jak odmawianie sobie grzybów czy krewetek.

Patrząc na fakty, chityna w składzie powinna być traktowana raczej jako atut niż wada. Owady dostarczają pełnowartościowego białka, zdrowych tłuszczów i mikroelementów. Jeśli dodać do tego, że ich hodowla jest znacznie mniej obciążająca dla środowiska niż produkcja mięsa, do podsumowania dochodzą argumenty natury etycznej.
Chityna jest w naszej diecie od zawsze, nie szkodzi, a może nawet pomaga. Demonizowanie jej obecności w owadach nie ma podstaw. Jeśli więc chcemy poważnie rozmawiać o alternatywnych źródłach białka, warto odłożyć mity na bok i sięgnąć tylko po to, co mówi nauka.
Mimo to wciąż słyszy się, że chityna np. uszkadza układ oddechowy. To mit!
Kamil Dybich
